Zapis sesji nr 5.

- O, no w końcu! Gdzie Pani była tyle czasu?!  Czekałam na Panią! Specjalnie dla Pani przesunęłam gangstera, a Pani sobie nie przyszła! Czy Pani wie jakie mogą być konsekwencje? To jest poważny gangster, proszę Pani! Mówi, w połowie, po włosku i bije swoją żonę, a ona mu oddaje, bo zdenerwowała się na niego, za to, że kupił sobie średnie na czarnym rynku, a kupił, bo wygrał sporo na automatach! On jest obrzydliwym hazardzistą! W dodatku jeszcze wali w rogi tę żonę i ona musi ciągle płakać po nocach! A jak tu przyszedł...Musiałaby Pani to widzieć... Zupełnie nieobecny! Nawet kontaktu wzrokowego nie mogłam z nim nawiązać! To naprawdę okropna historia!  Czy Pani wie, co to teraz będzie? Oni się mogą, przez Panią, pozabijać! No, ale już trudno...wysłałam ich do kliniki. Mam nadzieję, że dojechali. Dzień dobry...

(No nie... Popieprzyło ją, do reszty...)

- Pani, to tak musi, od drzwi, jednym ciągiem...? Proszę wybaczyć. Nie miałam siły przyjść.

- A teraz Pani ma?

- Nie...

-To dlaczego Pani przyszła?

- Żeby sprawdzić...

- Co sprawdzić?

- Czy przychodzenie tu jeszcze, w czymkolwiek, mi pomaga. Ale raczej nie.

- Skąd taki wniosek?

(Kurwa...czy Ty naprawdę nie widzisz, Idiotko...?)

- Bo nie ma poprawy. Mój stan się pogarsza. Z każdą chwilą czuję, że coraz bardziej oddalam się od mojego Taty... I coraz bardziej się boję. Czasami mam takie uczucie, jakby był i wtedy się robię radosna, ale trwa to, na ogół bardzo krótko i jest wywołane, zapewne, impulsami z przeszłości i moją bujną wyobraźnią.  Jestem coraz słabsza...I mi się nie chce. I nic nie robię. Z nikim nie rozmawiam. Ani nikt ze mną nie rozmawia. Nawet już nie umiem z Panią rozmawiać, mimo, że gabinet jest, naprawdę, imponujący i dużo książek... Kompendium wiedzy, o osobach upośledzonych psychicznie, można powiedzieć. Świetnie.

- A czy Pani może trochę nie wyolbrzymia?

- No właśnie...Obawiam się, że wręcz odwrotnie. Staram się utrzymywać właściwe Pani i normalnym ludziom, poczucie humoru, po to, żeby Pani też nie popadła w depresję. Gdybym miała, bowiem, wyrazić siebie w taki sposób, w jaki się faktycznie czuję, to nie wiem, czy TO JA PANI nie musiałabym zawiązać, w Pani nowy, piękny kaftan, z metką. Mogłaby Pani tego nie targnąć...

- Więc... czego Pani ode mnie oczekuje?

- Nie wiem...Niczego...

- A może tak by Pani coś narysowała? Przeczytam Pani, może, bajkę?

- Nie, dzięki. Rysuję tylko wtedy, kiedy Tata mi czyta. Pani nawet nie wie jak On czyta...

- A jak?

- Ładnie. Powoli i łagodnie. Tak, że się chce słuchać. I rysować.

- Czyli już nigdy Pani nie zamierza rysować?

- Najwyraźniej.

- No dobrze... Spróbujmy inaczej. Co by Pani sobie radziła, gdyby Pani była Nim? Skoro doszliście już do takiej symbiozy, to potrafi chyba Pani, na chwilę, stać się  Nim, co? Potrafi Pani? Zobaczymy czego się tam Pani nauczyła i, czy umie Pani, te nauki, zastosować, w sytuacjach nietypowych.

- Ale zastosować, jako On? Czy, jako ja?

- No... Ogólnie, jako Wy.

(Jeszcze lepiej... Nie wytrzymam tego...Serio...)

- Jako On, to pewnie kazałabym sobie kupić Filomag B6 i stosować dawkę leczniczą, oraz wyspać się, najeść się i może też jechać do Babci... Kazałabym też sobie sporządzić plan dnia i kupić 4 litry zdrowych napojów. I wprowadzić, chociaż, w życie program ograniczonego picia... Wspomniałabym również sobie o różnych ośrodkach, np.  CIK, Al Anon itp. I, że żyjemy, w kraju prorodzinnym. I,że nie tylko ja sama odpowiadam za np. swoje Dzieci, które ostatnio, bardzo ładnie, same za siebie odpowiadają, a w dodatku jeszcze odpowiadają za mnie. I powiedziałabym też sobie, że jestem cudem i że nigdy siebie nie zostawię i, że zawsze będę przy sobie. Może też pokombinowałabym coś z krokodylem. A i jeszcze dałabym sobie Barbarę od aniołów, rozdział 7.

- No to dlaczego Pani tego nie robi, jako Pani?

- Bo ja, jako On, dzwoniłabym, też, do siebie, codziennie, o 20:00 wieczorem i o 10:00 rano, żeby sprawdzić, czy to wszystko zrobiłam. Przynajmniej, dopóki nie wyszłabym ze stanu załamania nerwowego i dekompensacji psychicznej.  Wtedy ja, jako ja, miałabym powód, żeby to robić, bo byłoby to zadanie. Bo na mnie, w takich sytuacjach, działają tylko te zadania, które ktoś sprawdza. Najlepiej ktoś autoryzowany. Jak rodzic, np. A mnie nie ma kto sprawdzać, więc robię, co chcę. Może dlatego, że nie jestem zbyt zdrowa. Tak więc ja, jako On, gdybym, z jakichś przyczyn, nie mogła robić tego, co powinnam robić, to zrobiłabym właśnie to, co On zrobił. Czyli nic. Zostawiłabym siebie samej sobie, bo stwierdziłabym, że jestem tak beznadziejna, że szkoda na mnie energii. Można powiedzieć, że mój Tata zrobił dokładnie to, co powinien.

- No bo Pani jest beznadziejna. Ja Pani nic dobrego już nie wróżę. I faktycznie dobrze zrobił...

- No właśnie... Więc ja już też nie widzę powodu, żeby katować innych swoją beznadziejnością...to chyba, akurat, zrozumiałe...?

- Mhm...No tak. Tak.

.........


- Pani Olu? Nie mamy tyle czasu, żeby Pani tu sobie, bezkarnie, milczała.

- Czasu nie można....zresztą... nieważne...  Czy Pani myśli, że On już o mnie całkiem zapomniał?

- Myślę, że tak. I nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zwykłym 2%. Kiedy ktoś posiada takie umiejętności, o jakich Pani wspomniała, że ten Pan...

- Mój TATA....

-...posiada...To się, niestety, szybko zapomina. Podejrzewam, że jedna RSA, jedna RWE, nie więcej niż dwa wazony, parę czarnych kropek, kilka basenów, w pasie oporowym, zabieg natychmiast lepszego samopoczucia, trochę biegania... i już, po wszystkim - nie ma Pani!

( Nie no...Dzięki.... )

- Ojciec ostatnio nie może biegać...Boli go noga.

- No, jak widać, nie jest takim Superbohaterem, jak Pani sobie nawymyślała. Co nie zmienia faktu, że bez biegania też zapomniał.

- Dla mnie jest Superbohaterem, nawet bez biegania. Nic sobie nie nawymyślałam. Czyli, że... byłam... Że... nikim właściwie nie byłam, tak?

- No tak. Pani to chyba żyje, naprawdę, na innej planecie i ma jakieś takie.. wyolbrzymione poczucie swojej wyjątkowości... A myślała Pani, że kim Pani dla Niego była? Dla takiego, jak Pani sama zauważyła, Superbohatera, który obraca się w kręgu innych superbohaterów?

(Kurwa,nie wiem...? Może prawie Córką, z pakietem premium, na dożywotnią, ojcowską miłość?)

- Nikim.

- No właśnie. Pani nie jest wcale żadną inicjatorką, żadną córką, żadnym cudem, itd. Pani właśnie JEST nikim. Czy Pani tego sama nie wie? Bez mówienia? Czy Pani naprawdę myślała, że Pani cokolwiek znaczy? Że Pani cokolwiek osiągnie? Należy mierzyć siły na zamiary!

- Pani się nie wyspała dziś?

- Skąd Pani wie?

- Nie wiem...Może stąd, że czuję się, z Panią, emocjonalnie związana, mimo tego, że się nie lubimy.

- COO? Proszę już iść! Żadnych emocjonalnych związań sobie nie życzę! Emocjonalnie, to sobie Pani może być związana, z tamtym Panem, nie ze mną.

(No właśnie, kurwa, wychodzi na to,że nie bardzo mogę, choć jestem i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić...)

-Dobrze, już idę... Chciałam tylko zapytać...Bo może ma Pani wiedzę... Jak długo można żyć bez jedzenia?

- A Pani, to się teraz próbuje prześcigiwać z Ojcem, na ekstremalne wyczyny? A może też sobie Pani zamierza umrzeć?

- Może...

- Tylko wie Pani, Pani Olu... Pani nie zmartwychwstanie. Nie ma się co oszukiwać. Tego się nie odziedzicza w genach. Może gdyby ten Pan...

- Mój TATA...

- Proszę mi nie przerywać! Gdyby... trochę Panią bardziej poduczył, to by Pani umiała sobie umierać i, na zawołanie, wracać do nas - tu... ale w tej sytuacji niech Pani lepiej nie próbuje...

- Niczego jeszcze nie próbuję. I skąd Pani wie, że ja, w ogóle, chcę zmartwychwstać?  Po prostu nie mogę jeść. I zaczynam się trochę obawiać, bo ten stan trwa już dość długo. Ja mogę umrzeć, ale akurat śmierć głodowa jest trochę brutalna. Wolałabym łagodniej.

- Pani jest tak trudna, że z Panią się nie da ani rozmawiać, ani pracować!

- Wiem. Wszyscy mi to mówią. Tylko mój Tata dawał sobie ze mną radę i nigdy nie mówił, że jestem trudna.

- I właśnie dlatego się Pani pozbył!!! Właśnie dlatego!

- Nie bardzo rozumiem... Ja już niczego nie rozumiem... Chcę tylko, żeby był TU...Nieważne...

- Pani Olu! Niech Pani zaczeka!  Gdzie Pani idzie?!

- Gdziekolwiek... Wystarczy tego Pani ględzenia! I nie wiem, czy jeszcze przyjdę...Okazuje się,że to już mi wcale nie pomaga...I tego też już nie umiem... I nie mam dla kogo... Zmuszam się, żeby z Panią gadać, bo wtedy, przez chwilę skupiam uwagę, na czymś innym, niż ból, ale Pani chyba nie bardzo czai o co chodzi... Myślałam, że tu będę się czuła trochę-bliżej-Ojca...Bo On tu kiedyś, na trochę, przychodził, do Pani, kiedy jeszcze Pani była (w miarę) normalna... Ale nie działa...No nic... Proszę pozdrowić ganstera i jego żonę.  Paragonu nie trzeba, dzięki... Do widzenia!

- Zaraz!! Mam! A może go Pani zaprosi, tu do mnie?! Wypijemy sobie, wszyscy razem, kawę. Zwykłą Primę. Z mlekiem 2%. I cukrem. Białym. Co? Pani Olu?

- Nie przyjdzie... Już go na tyle poznałam... Tak, jak Pani mówiła...dwa wazony...kilka basenów... no, do widzenia...


***



4:50

-Halo? Pani Ola?

- Taa...A Pani już sesje nie wystarczają? Musi Pani do mnie dzwonić o 4:50?

- A dlaczego Pani nie odbierała o 20:00?

(Nie wiem, może dlatego, że byłam najebana i bałam się własnego telefonu, który, na wszelki wypadek rozłożyłam na części i schowałam w różnych częściach domu po to, żeby nie zadzwonić do Ojca...)

- Nie czułam się zbyt dobrze.

- Bo ja byłam z MOIM Tatą na działce i robiłam soki. I chciałam Pani przywieźć 4 litry zdrowych soków. Czy można?

- Nie wiem... Jeszcze się za bardzo przywiążę... Pani nie ma co robić, tylko jeździć, po umierających ludziach i rozdawać soki? Może wolałaby Pani sprzedać na targu, skoro ma Pani za dużo?

- Nie.Wolałabym Pani przywieźć, bo skoro już NIKT się o Panią nie martwi, to ja przyjadę i się pomartwię. Ale tak tylko na chwilę, bo jest majówka i mam lepsze plany. Ma Pani może jakiś adres?

- Taa. Jeszcze (chyba) mam, ale teraz nie mam siły Pani podawać adresów. Boli mnie wszystko. Śniło mi się, że mieszkałam w arbuzie i próbowałam się z niego wydostać. I strasznie kopałam.

- Oo! No proszę! Jaki ładny sen! Mnie się śniły wiśnie. Może dlatego, że cały dzień robiłam wiśniowe soki. Bo wiśnia, to jest drzewo życia, Pani Olu. W Japonii powiadają...

- Ja przepraszam, ale czy mogłbybyśmy porozmawiać o Japonii o jakiejś bardziej ludzkiej godzinie?

- No dobrze. A coś Pani jeszcze potrzebuje? To przywiozę, za jednym zamachem.

- Kurtkę. Grubą, zimową, bo strasznie mi zimno.

(Ojca...Potrzebuję Ojca...Żeby mnie przytulił...)

- Pani Olu, mamy prawie lato!! Ale ja Panią mocno przytulę, żeby już Pani się nie martwiła. I kurtkę też przywiozę! I kaftan od razu!

(No proszę... Czyta mi w myślach!).

- Ja chcę, żeby mnie przytulił mój Tata. Mocno. Najmocniej ,jak umie. I, żeby mi powiedział, że to już koniec...tego horroru. Że to był tylko taki żart....

(ŻE...TO...BYŁ...TYLKO...TAKI....ŻART.....)

-Przecież Pani wie, Pani Olu, że to całkowicie wykluczone, bo Pani NIE MA Taty.

(No tak...)

- To wszystko? Bo chciałabym .....

- Halo??? Pani Olu?! Halo? Coś mi tu przerywa! Halo???!!!!!!



* * *

. . .  _ _ _  . . .

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zapis sesji nr 6.