Zapis sesji nr 3

- Dzień dobry, Pani Olu!

- Taa... O, widzę, że już podłączony zlewozmywak. Nie wiem tylko, dlaczego tak krzywo...Pijany był? Monter?

- No właśnie...z tymi wodociągami...nie dojechali! Pijany był kierowca autobusu, a oni jechali autobusem, tu do mnie. Wyobraża to Pani sobie? I tak wyszło, że sama musiałam... No, ale.... Nothing happens without a reason!

- Słucham?

- Zdaje się, że chciała Pani angielskie wstawki? To się postarałam!  Dla Pani wszystko! No, może, poza kawą. Tylko woda! Żeby mi się tu Pani nie zaczęła przywiązywać!

-  Spoko. Nie ma obawy. Pani nawet nie ma szalika.

(..ani mózgu...)

-  Ale po angielsku też mówię! Żeby nie było!

- To świetnie. Naprawdę, bardzo mnie to cieszy. Prawie, jak w domu...

(Szkoda jeszcze, że nie masz akcentu, jak Ojciec...)

- W jakim domu? W Pani domu?

- Tak. W moim dawnym domu. Tymczasowym. Na moim poddaszu.

- A Pani nadal o tym samym? Jeszcze się Pani nie znudziło?

- No jakoś tak...nie. I gorzej mi, niż wczoraj, ale z pewnością lepiej,niż jutro. No i chociaż nie płaczę. Więc żyjmy może tu i teraz. Pani i ja- Ola.

- Ale... jest Pani smutna. Widzę! I nie wykonuje Pani ruchów! Czy mogłaby Pani, przez chwilę, nie wykonywać ruchów jeszcze bardziej? Bo chciałabym ocenić poziom Pani smutku w skali. Nie chcemy, żeby nam tu Pani popadła w depresję!

-  W sensie: kto nie chce? Pani?

- A Pani chce?

- Obojętnie. Mogę. Już? Czy długo jeszcze mam się nie ruszać bardziej, niż przedtem?

-No ja sądzę, że Pani ma. Czy chce Pani pogadać, o swojej depresji, ze mną?

(O kurwa...Grubo...Rzeczywiście - szkoła Ojca, jak nic...)

- Jeśli chciałaby Pani, żebym dzisiaj ze sobą skończyła, to dobrze - możemy. Co chciałaby Pani wiedzieć?

- Np. co wywołuje, w tym momencie, Pani depresje?

- Brak mojego Taty.

- Znowu?

- Niezmiennie.

-A czy Bożena Pani przypadkiem nie mówiła, żeby Pani SKOŃCZYŁA RAZ NA ZAWSZE Z TATĄ?

- Tak. Ona w ogóle dużo mówiła, ale mój Ojciec, gdy jeszcze był, to mówił więcej. I zdecydowanie mądrzej.  Bożka się nie mogła nadziwić. A połowy nie zrozumiała wcale.

- A czy Pani powiedziała Bożenie kim jest ten Pani, jak go to Pani nazywa, OJCIEC?
Bo może Bożena go zna! I byłoby nam wszystkim łatwiej!

- Czy Pani na głowę upadła? Naprawdę... Miałabym zdradzać tajemnice moje i mojego Starego TEJ TĘPEJ BABIE, jawnie? W życiu! Nawet specjalnie podałam rysopis innego - tego, którego oboje, z Ojcem nie lubimy, a do niego jest wszystko podobne i dużo podejrzanych rzeczy wyczyniał, więc nigdy się nie zorientuje, że jakaś Bożena coś tam wie, gdyby nawet chciała powiedzieć, że wie.

- Dlaczego Pani tak tego Ojca...chroni?

- Bo ja w ogóle chronię ludzi, których kocham. Do końca życia. Tak już mam. Barta chroniłam do końca życia, Ojca też będę chronić do końca życia. A, że Ojciec, już jeden koniec życia miał i nie wiem ile jeszcze, właściwie, zamierza mieć, bo on sobie umiera i zmartwychwstaje kiedy chce, to od razu powiem, że do każdego końca.

- Czy Pani brała jakieś leki dzisiaj? I w jakiej ilości?

- Dlaczego Pani drugie pytanie sugeruje, od razu, odpowiedź na pierwsze?  To jest próba manipulacji!

- Niech już Pani nie przesadza, Pani Olu... Łapie mnie pani za słówka...

- Za nic Pani nie łapię!  Kamera by tego nie pokazała! To Pani chyba brała jakieś leki i ma halucynacje!

- Pani Olu! Spokój! Bo naprawdę...! Czy mam użyć kaftana, żeby nauczyć Panią subordynacji!?

- No już...już....dobra... Nie, nie brałam żadnych leków. Dzięki mojemu Ojcu nie biorę leków. Przynajmniej do jutra. Jutro jadę do Andrzeja, więc pewnie znowu zacznę brać - inne, nowe. Andrzej ma takie pomysły, że nigdy mu się nie kończą nowe leki. Można powiedzieć, że wziął sobie za punkt honoru, żeby przetestować na mnie całą tablicę Mendelejewa. Przyzwyczaiłam się.

- I nie świeci Pani w nocy? A kto to jest ten Andrzej?  Jakiś Pani nowy krewny? Dziadek? Wujek?

(Taa...Chujek...)

- A, nie... Zwykły psychiatra. Trochę się już znamy, ale nic nie wskazuje na żaden stopień pokrewieństwa. I nic nie wskazuje też,  żeby miało się coś, w tej sprawie, zmienić. Jakoś nie mam do niego przekonania, ani sentymentu. Za to nn do mnie, najwyraźniej, ma, ale, to tam... już nieaktualny temat - przerobiłam sobie z Tatą, kiedy go jeszcze miałam. Także, może Pani spokojnie lecieć z następnym pytaniem. A i on ma drapiący sweter, a ja nie lubię drapiących swetrów.

- Z wełny?

- Raczej z waty szklanej.

- Czyli Pani nie ma tendencji, do przyklejania się, do WSZYSTKICH ludzi, jak leci?

- Jak widać - nie.

-A w jaki sposób ich Pani wybiera? Losowo? Czy może mają coś w sobie, szczególnego?

- Mają - szczególnego.

-A co takiego?

- Mózg. I szalik. Czasami się też zdarza, że przyklejam się do takich bez mózgu - raz mi się, dokładnie, zdarzyło, w ostatnim czasie, ale, dzięki Ojcu, który ma mózg, pozbyłam się go dość szybko i sprawnie.

- Pani się nie odczepi od tego Ojca? Naprawdę?

- No nie umiem. Przykro mi. Uczył mnie, co prawda, zamieniania różnych rzeczy w wazony i czarne kropki, wielkości dwuzłotówki, ale jego akurat nie umiem. Na niego nie działają żadne zaklęcia.
Może dlatego, że sam jest magiczny.

- Ostatnio Pani mówiła o tym, że... zaraz, zaraz...niech zerknę w moje notatki... A. Mam. Mówiła Pani o kolorowych rzeczach. Np. czapkach. Że one były na potrzeby Waszych spotkań.

- Tak.

- Czy mogłaby to Pani jakoś rozwinąć ten temat, bo próbuję zrozumieć, czy w tym czasie Pani się naprawdę zamieniła w dziecko? Czy Pani tylko udawała zamienioną?

- Na początku udawałam. Tak ze dwa tygodnie, odkąd padło magiczne słowo. A potem tak się ucieszyłam, że mam Tatę, że, z tej radości, kupiłam sobie pierwszą kolorową czapkę. A potem, tak mi to weszło w nawyk, że już w poniedziałek miałam przygotowaną nową, kolorową stylówę, na piatek. I już niczego nie udawałam, tylko na serio się zamieniłam. Na cały tydzień. Każdy kolejny. Nie tylko na piątki.

- W dziecko?

- No tak. Ale nie każda ja.

- Co Pani ma na myśli?

- Jakby mi tu Pani przysunęła na środek tak ze dwa krzesła...te żółte skandynawskie...to ja bym Pani zrobiła scenkę.

- A proszę bardzo! Proszę sobie przysunąć, tu jest samoobsługa!

- Jak to? Tata mi zawsze sam przysuwał... Zresztą! Po co to Pani, w ogóle!? Nie chce mi się dzisiaj tego pokazywać. Nie mam siły! Jak Pani sama stwierdziła - mam depresję.

- Dobrze. A czy on...Czy on też się ZMIENIAŁ?

- W jakim sensie? Jeśli Pani pyta, czy zaczął kupować sobie kolorowe szaliki, to nie - nie zaczął. Aż tak go nie poniosło. Sorry - nie przeniosło.

- Ale magiczne kubki...

- Nie widziałam kubka. Nawet nie wiem, czy był kolorowy. Ale poza tym...to tak...zmieniał się. W innym sensie.

- A w jakim?

- Opowiadał opowieści. A na początku nie opowiadał.

-Jakie? Opowieści?

-Różne. O tym gdzie był... I co robił... Że sobie umarł... Albo też o różnych takich...ścianach. Albo o dawnych latach, kiedy był młody. No, rozumie Pani. I też recytował poezję.

- No tak. To faktycznie... Pani Olu... Niech Pani tu chwilę poczeka, ja zejdę na podwórze do kontenera, bo zdaje mi się, że dwa dni temu wyrzuciłam twórczość Freuda i Junga, a zaczynam mieć przeczucie, że jednak może się przydać, w tej sytuacji. Może jeszcze śmieciarka nie zabrała.

- Wie Pani...Ja już i tak miałam lecieć. Pogadamy na następnej sesji, co? Nie mam całego dnia. Muszę też podjąć decyzję o tym, żeby popłakać w samotności, o tym, żeby poleżeć na podłodze i o tym, żeby iść do sklepu. Także...Dziękuję za dzisiejsze spotkanie i do zobaczenia! A ponieważ nie zadaje Pani pięciu pytań, oraz, nie mówi Pani na końcu: "Poczekaj...Powoli...", to już mnie nie ma!





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zapis sesji nr 6.