Zapis sesji nr 10 (lojalnościowej)
- Juuż! Lecę! Momencik! Proszę przestać pukać nogą! Dzwonki działają! Już, już, sekundeczka!
( Otwieraj te drzwi, Kobieto...Bo sobie poparzę palce, przecież...)
- O. Dobry wieczór. Ładny szlafrok...
(Jak?? No jak można sobie kupić taki ohydny szlafrok, w takie ohydne kwiaty?!)
- Pani Ola?! Co Pani tu robi?
- No bo... Ja chciałam... O, proszę... Tu dla Pani kawa z McDrive - na zgodę... Tak jakoś...niefortunnie wyszło... Nie byłam w formie... Nie to, że Panią, od razu, lubię, czy coś...Po prostu: w końcu byłam na obiedzie, a kawę dawali gratis do burgerów, to wzięłam, ale mogę swoją wylać, żeby Pani się nie bała, że się przywiążę.
(No i stoi i się gapi... Pewnie się boi, że jej coś dosypałam...)
- A. Proszę, proszę! Zapraszam. Może Pani zdjąć nawet buty, dam Pani hotelowe laczki, bo ja mam dużo hotelowych laczków. Można powiedzieć, że zbieram hotelowe laczki, kiedy jeżdżę do hoteli. Proszę. Niech się Pani czuje, jak u siebie.
- Dzięki. Nie lubię laczków. Wolę w skarpetkach.
- No Pani Olu... No ja też chciałam Panią przeprosić!
(Ale.. Jakie TEŻ? Ja Jej wcale nie przepraszałam... "Nigdy nie przepraszaj...")
- Spoko...
- No niech podejdzie tu Pani, do mnie, bliżej! Niech ja Panią uściskam, Kochana moja! Co ja Pani zrobiłam!? Wyrzuciłam Panią, z mojego gabinetu, a to najlepszy gabinet, pośród wszystkich gabinetów! Jak ja, w ogóle, mogłam?!
- Co Pani?! Dobra...Już... ! Starczy tego przytulania...!
- No dobrze, dobrze. To skoro Pani już, z tą kawą...To do kawy musi być drożdżówka! Jaką Pani sobie życzy? Bo ja dzisiaj, akurat, piekłam dużo rodzajów drożdżówek. O, proszę. Ze śliwkami? Z jagodami? Klasyczną, z kruszonką? Z makiem? Z budyniem? A może z wiśnią? O! To niech będzie z wiśnią! Wiśnia to jest drzewo życia, a serce mi podpowiada, że ja Pani muszę dać nowe życie.
(Dzięki, że mogłam wybrać...)
- Dobrze, ale...
- A na czym Pani życzy? Na talerzyku? Na paterze do owoców? W miseczce, do pomidorówki? Może na papierowej tacce? Bo została mi jedna, z majówki. O! To dam Pani na tacce. Nie będę musiała zmywać, w moim zlewozmywaku.
- Dobrze, ale...
- No! Już, już. Idziemy sobie pogadać... Już już. O. To mam, to mam, to mam. Wszystko mam. No! To idziemy!
- ALE JA NIE LUBIĘ DROŻDŻÓWKI!!!
- O. No to już trudno. To ja zjem całą, ale proszę pamiętać, że tak się nie robi! I też się nie ułamuje kawałków i nie zżera, zanim się nie usiądzie, przy kawie. Tak, po prostu, się nie robi. Także proszę pamiętać.
(Nie wiem,czy ta wiedza mi się na cokolowiek przyda, ale ok...)
- Świetnie. Zapamiętam.
- Dobrze...Pani Olu...
- No właśnie. Bo ja bym chciała Panią o coś prosić, na wstępie. I coś z Panią ustalić. Smacznego...
- A fo? No dobła mi wyszła! Tłochę opadła, od łukłu, ałe dobła...Mmm... No cudo...
- Moja prośba jest taka, żeby dzisiaj było na poważnie. Dobrze? Bez robienia kukiełek z łyżek, bez pokazywania mi różnych, podejrzanych typów, na portalach lekarskich, bez latania z dmuchawą do liści, bez rzucania Pani pięknymi, żółtymi krzesłami, bez krupierów i też mam prośbę, żeby Pani skupiła się, na trochę i pamiętała, że ja, to ja, a nie Gangster, ani jego Żona. Dobrze?
- Mghm...
- Może Pani przytaknąć głową, żebym miała pewność, że zgadza się Pani na takie warunki?
(Ja pierdole...jakby, przez tydzień nie jadła...)
- No to niech już Pani mółi. Słucham!
- Bo widzi Pani... Cały czas próbuję zrozumieć...Dlaczego to tak głęboko, we mnie, tkwi?
Dlaczego, tak szczegółowo, mam zakodowane tyle obrazów, tyle słów, gestów, zwykłych drobiazgów... Co to w ogóle jest?! Przecież ja nie mam pamięci,do takich rzeczy! Nigdy nie miałam! A dzisiaj byłabym w stanie, dokładnie, Pani powiedzieć, co się znajduje u Ojca na stole! Opowiedzieć Pani słowo, w słowo, co do mnie mówił na ostatnim spotkaniu. I dlaczego ja to pamiętam?! Co? Jakbym była zaprogramowana. Jakby mi Ojciec wymienił cały system. Calutki. Ja już wcześniej przecież byłam, w różnych miejscach! Spotykałam różnych ludzi! Terapeutów też... Potencjalnych Ojców - też. Sportowców, muzyków, ludzi, z różnymi pasjami - też. Niektórzy byli wrażliwi, niektórzy głupi, niektórzy pewni siebie, młodzi, starzy...różni. Ale nikt nie zrobił ze mną czegoś takiego, jak On zrobił. Jakby...Odnalazł we mnie klucz do jakichś drzwi, o których istnieniu w ogóle nie wiedziałam. A, kiedy siadał naprzeciwko mnie, to czułam... ja nie wiem co to było...ale to było silne. I to nas otaczało z każdej strony. Jakbyśmy siedzieli, w samych środku, Stonhenge, głusi na rzeczywistość. I jakby, nad nami, był nadajnik, a pod nami odbiornik. Nie będę Pani tłumaczyć...On już wie...
- Ja bym to nazwała chemią.
- A ja bym to nazwała magią.
- A ja bym jednak, Pani Olu, wróciła, do teorii przeniesienia i przeciwprzeniesienia. Przecież Pani jest strasznie przeniesiona! To widać gołym okiem!
(Najadła się. Niemożliwe...)
- A ja bym była, z tym, ostrożna. Po szczegółowej analizie tego zjawiska, której dokonałam w ostatnim czasie... Podać Pani źródła? Autorów? Konkretne przypadki z datami i miejscami? Przypisy?
- Pani Olu...Pani nie jest, od analizowania, tylko ja. I to wtedy, kiedy przechodzę, na nurt psychodynamiczny, w niewidzialny dla Pani, sposób, dlatego Pani NIE WIE, kiedy to jest. Dlaczego Pani analizuje?
(No jasne...nie wiem...)
- Miało być dzisiaj poważnie. MIAŁO? CZY NIE? Jak ja się z Panią umawiałam?! Może mi Pani dać dokończyć wątek? Czy znowu będziemy się przerzucać, na cięte riposty? Ja wiem, że Pani jest dobrze wyszkoloną terapeutką, wiem! Już to Pani mówiła! Wiem, że to Pani jest tu od psychologii, a ja, od uwielbiania Pani psychologii. Znam swoją rolę, ale czasami może mi Pani pozwolić chyba trochę się powymądrząć, co? Jestem Córką swojego Ojca? Czy nie? Jak, w dominie - pamięta Pani. Muszę się wymądrzać, bo On się wymądrza. A Jego mądrość przechodzi na Córeczki - sam mówił. Bardzo za nim tęsknię. Czy Pani rozumie?
- No już dobrze. Poddaję się. Pani jest trochę mądra, muszę przyznać. I jest Pani zakochana tak, że ja nie wiem co ja mam z Panią począć.
- Właśnie...Chodzi o to, że wcześniej nie byłam... Ani mądra, ani zakochana. To ON we mnie odnalazł coś, dzięki czemu zaczęłam myśleć BARDZIEJ, odczuwać bardziej... - próbuję to zrozumieć...
- Skoro odnalazł, to musiało to, w Pani, być już wcześniej!
- Może... Nie wiem... Kiedy mówił mi,że mam wiedzę, że mu imponuję, że jestem wyjątkowa, że tylko te 10%...
- Robił to, żeby Panią...
- ...Żeby mnie motywować, wiem...ale to nie to... On na mnie oddziaływał w specyficzny sposób. Inny, niż ludzie NORMALNI: Pani w sklepie, Andrzej-psychiatra, windziarz, Beata, Rudy, Bart, ktokolwiek.
- Czyli chemia.
- Czyli magia! Chemię, to sobie Pani tam ma, ze swoim Krupierem! Bo zakładam, że, z Nim nie wpatruje się Pani, jak zahipnotyzowana, w dzbanek, w którym uspokaja się lemoniada?
- Nie rozumiem o czym Pani mówi.
- No właśnie. Bo tego NIKT by nie zrozumiał.
- Pani go wyidealizowała, Pani Olu!
- Krupiera? Co też Pani?! Ja go nawet, na oczy, nie widziałam!
- Nie Krupiera! Ojca!
- Nie. Nie musiałam Go wcale idealizować. On taki, jaki był, to mi wystarczał, do tej magii. Ja sobie, dokładnie takiego, wyśniłam, w dzieciństwie. Dokładnie takiego - kropka w kropkę, jak Pani sama stwierdziła, szukając mi innych ojców. Przecież rozmawiamy tu, od jakiegoś czasu, już.. Proszę się zastanowić...Czy ja powiedziałam o Nim coś, co jest nieprawdą? No, może to chodzenie, po wodzie - ale to było powiedziane symbolicznie. Przecież wiem,że po wodzie nie łaził, ten mój Ojciec! Za to pływa dobrze...Sama bym tak chciała! I wiem, że jest zwyczajny i wcale nie ma niestworzonych supermocy, ale dla mnie - w swojej całej zwyczajności - jest nadzwyczajny.
- Pani o niczym innym nie umie mówić, tylko o Nim?
- Właśnie nie. I myślę dlaczego tak jest? Jestem zupełnie głucha i niewidoma na realny świat i realnych ludzi dookoła. Nie widzę, nie słyszę, nie mogę spać. Nie chodzę do pracy, nie dociera do mnie to, co mówią moi klienci. Nie rozmawiam z nikim - serio - ani z rodziną, ani z dawnymi znajomymi, przyjaciółmi, z nikim. Jedna mi tu próbowała mącić... Okazało się, że, z tej nadgorliwości, poleciała do Ojca, a ja tego, po prostu, nienawidzę. Wpierdalania się! Więc szybko się jej pozbyłam. A reszta się sama pozbyła, kiedy okazało się, że nie jestem taka fajna, jak sobie wyobrażali, że jestem. Bo ludzie nie lubią smutnych ludzi... Ani nie lubią problemów. Tylko mój Tata mnie rozumiał, w chwilach smutku. I umiał mnie pocieszyć, choćby jedną piosenką, albo tą swoją niebieską Radochą, z bajki... No i leżę i patrzę w sufit. Albo wstaję i piszę. A potem znowu leżę i patrzę w sufit. Nie odbieram telefonów. Nie odpisuję na wiadomości. Ja nawet nie wiem, czy ja mam za co żyć? Już chyba nie mam. Dzieci wysłałam do hotelu. Nie same, oczywiście. Zmywarkę ogarnęłam ostatnio tak, mniej więcej, tydzień temu i to tylko dlatego, że nie miałam już ani jednej czystej szklanki. I cały czas leżę i myślę. I czekam. Aż On zrobi cokolwiek... Tylko TA WIARA i TO CZEKANIE trzyma mnie przy życiu. I boję się, że, jak stracę całkiem nadzieję, to będzie ze mną jeszcze gorzej...Że zniknę wcale. Że ja mam już chyba tak silną depresję, że któregoś dnia...nie wytrzymam i... Dopóki był... kiedy Go miałam, gdzieś tam, za plecami, to wszystko szło idealnie. Wszyscy mnie zaczęli lubić. Robiłam wszystko, można powiedzieć, dwutorowo. Miałam dwa światy: Ojca świat i świat rzeczywisty. I wszystko to współgrało i działało... A teraz...jakby mi... odcięli tlen. Jakbym zapadła w śpiączkę... Nie ma nic... Jedyne, o czym potrafię myśleć...o czym potrafię pisać i, za czym potrafię tęsknić, to On i Jego poddasze. Co to jest? DLACZEGO tak jest?
(Masz...swój psychodynamiczny...Prosz...)
- Hmm...Dojem do końca,bo wyschnie...
- Widzi Pani... Bo ja..znałam hierarchię; On mi imponował... Czułam się, przy Nim, taka malutka, jak przy mnie ta marionetka, którą tu Pani wczoraj przyniosła. Swoją drogą najbrzydsza wersja Ojca, jaką byłabym w stanie sobie wyobrazić... Talentu plastycznego, to Pani nie ma za grosz. Więc: ja byłam taka malutka...a On był taaaki ogroomny. Jak świat. Ale o tym już Pani mówiłam...na pierwszej sesji. Chociaż później, kiedy mnie oswoił...to zaczęłam sobie pozwalać na spontany, na które chyba nie powinnam...Ale On był taki spoko, że wiedziałam, że mnie rozumie... I, że wie, że darzę Go wszystkimi dobrymi uczuciami, jakie w sobie mam, nawet jak palnę czasem coś takiego, od czapy... I chciałam się stać taka, jak On. I, kiedy On mnie tak prowadził, przez ten świat, to tworzył mnie, na nowo. I stworzył mi nowy świat. Z tym, że był taki elastyczny- ten mój Tata, że mój i Jego świat, czyli nasz NOWY świat, dopasował, też, do mojego dotychczasowego świata i mojego tempa poznawania świata. Wdrażania świata, w świat. Rozumie, Pani? Tylko, że ja...nie byłam taka dobra, jak On i nie umiałam oddać Mu tego samego. Dopasować...Dotrzymać tempa... Ale starałam się. Im bardziej On mnie chwalił, tym ja starałam się jeszcze bardziej. Żeby mu udowodnić, że potrafię. Z tygodnia, na tydzień, podwyższał mi poprzeczkę. I ja czekałam, na te nowe wyzwania. Choć niektóre wydawały mi się trudne, ale nawet te najtrudniejsze, byłam gotowa wykonać... Gdyby mi kazał nauczyć się, na pamięć, swoich wszystkich książek, to bym się nauczyła. Kazał mi rzucić leki - co było trudne - rzuciłam. Alko też bym rzuciła - dla Niego. Tak właśnie na mnie działał. NIE WIEM DLACZEGO, ale TAK NA MNIE DZIAŁAŁ. TYLKO ON - nawet bardziej, niż moje własne Dzieci. I dlatego On mi jest taki niezbędny. I chciałabym, żeby usiadł przy mnie i zrobił, ze mną, powoli, krok, po kroku, jedną RSA. O ile jeszcze, w ogóle, potrafię...Nawet nie dokończyliśmy mojej ostatniej RSA...Mieliśmy dokończyć następnym razem... A On to uciął. Nagle i drastycznie. Jakby to Pani powiedzieć...O: jakbyśmy sobie biegli, a przed nami byłaby taka ogromna przepaść. I, jakbym ja tam wpadła. W tą przepaść. I czuję się tak, jakbym trzymała się, ostatnim palcem, skraju tej przepaści. I czuję też, jakby On stał nade mną i patrzył. I, jakby nie mógł mnie złapać i wyciągnąć. Albo mógł, ale nie chciał - choć tego by mi nie zrobił, bo jak patrzę na nasze zdjęcie, na to Jego łagodne, szczere spojrzenie, to widzę w Nim tylko dobro. I to mnie tak bardzo rozczula, że zaczynam płakać. Dlatego schowałam już nasze zdjęcie... Żeby wcale nie patrzeć. Ale tak naprawdę nie chcę Go zapomnieć. Za bardzo go... pokochałam.
- Nie pokochała Pani... Pani Olu... No aż tak, to chyba nie...
- MÓWIĘ PANI PRZECIEŻ, ŻE SAMA TEGO NIE ROZUMIEM! ŻE TO MAGIA! Od kilku dni mam gorączkę... Jestem osłabiona. Nie mogę patrzeć w lustro, bo wyglądam, jak cień tego, co stworzył mój Tata. I nie wiem,czy jeszcze umiem mówić, bo ja..do nikogo nic nie mówię. Boli mnie głowa... To jakiś obłęd, z tym, że obłęd, którego jestem świadoma. Chyba? Chociaż już sama nie wiem... Plącze mi się wszystko...Czy ja mówię, w ogóle, logicznie? I co ja mam zrobić? Ja nie chcę Go stracić... Ja się tak okropnie boję... I najbardziej na świecie chciałabym Go teraz zobaczyć...Mojego Tatę, który mi otwiera drzwi i mówi "Heloł"...
- No Pani Go już straciła, chyba...Zresztą Pani Go nigdy nie miała, to tylko Pani urojenia... Proszę poczekać, bo ktoś dzwoni dzwonkiem.
(TATUSIU...TYLKO TY MOŻESZ TO ODCZAROWAĆ! Proszę... odczaruj to, co jest teraz...Żeby był nasz dawny świat...Odczaruj to całe zło... Tylko Ty jeden potrafisz...Wiem, co byś powiedział...Że to ja - ja sama mogę to zrobić... Ale to nieprawda...Ja bez Ciebie nie potrafię... Musimy razem...Sama też będę umiała, ale później - jak już mnie nauczysz.)
- No ja muszę Panią przeprosić, bo zapomniałam całkiem.. Będziemy rozgrywać teraz partyjkę brydża. Ale mamy już cztery osoby... Także, jakby Pani mogła...
(O... No proszę... Jest i Krupier...Paskudny, jak noc. Wcale niepodobny do Ojca, ani nawet do Chestera... A ta Kretynka, w szlafroku będzie grała? No naprawdę...A to kto znowu...? GANGSTER Z ŻONĄ! NIE WIERZĘ!)
- Tak, tak! Znikam już! Dobranoc Państwu!
( Otwieraj te drzwi, Kobieto...Bo sobie poparzę palce, przecież...)
- O. Dobry wieczór. Ładny szlafrok...
(Jak?? No jak można sobie kupić taki ohydny szlafrok, w takie ohydne kwiaty?!)
- Pani Ola?! Co Pani tu robi?
- No bo... Ja chciałam... O, proszę... Tu dla Pani kawa z McDrive - na zgodę... Tak jakoś...niefortunnie wyszło... Nie byłam w formie... Nie to, że Panią, od razu, lubię, czy coś...Po prostu: w końcu byłam na obiedzie, a kawę dawali gratis do burgerów, to wzięłam, ale mogę swoją wylać, żeby Pani się nie bała, że się przywiążę.
(No i stoi i się gapi... Pewnie się boi, że jej coś dosypałam...)
- A. Proszę, proszę! Zapraszam. Może Pani zdjąć nawet buty, dam Pani hotelowe laczki, bo ja mam dużo hotelowych laczków. Można powiedzieć, że zbieram hotelowe laczki, kiedy jeżdżę do hoteli. Proszę. Niech się Pani czuje, jak u siebie.
- Dzięki. Nie lubię laczków. Wolę w skarpetkach.
- No Pani Olu... No ja też chciałam Panią przeprosić!
(Ale.. Jakie TEŻ? Ja Jej wcale nie przepraszałam... "Nigdy nie przepraszaj...")
- Spoko...
- No niech podejdzie tu Pani, do mnie, bliżej! Niech ja Panią uściskam, Kochana moja! Co ja Pani zrobiłam!? Wyrzuciłam Panią, z mojego gabinetu, a to najlepszy gabinet, pośród wszystkich gabinetów! Jak ja, w ogóle, mogłam?!
- Co Pani?! Dobra...Już... ! Starczy tego przytulania...!
- No dobrze, dobrze. To skoro Pani już, z tą kawą...To do kawy musi być drożdżówka! Jaką Pani sobie życzy? Bo ja dzisiaj, akurat, piekłam dużo rodzajów drożdżówek. O, proszę. Ze śliwkami? Z jagodami? Klasyczną, z kruszonką? Z makiem? Z budyniem? A może z wiśnią? O! To niech będzie z wiśnią! Wiśnia to jest drzewo życia, a serce mi podpowiada, że ja Pani muszę dać nowe życie.
(Dzięki, że mogłam wybrać...)
- Dobrze, ale...
- A na czym Pani życzy? Na talerzyku? Na paterze do owoców? W miseczce, do pomidorówki? Może na papierowej tacce? Bo została mi jedna, z majówki. O! To dam Pani na tacce. Nie będę musiała zmywać, w moim zlewozmywaku.
- Dobrze, ale...
- No! Już, już. Idziemy sobie pogadać... Już już. O. To mam, to mam, to mam. Wszystko mam. No! To idziemy!
- ALE JA NIE LUBIĘ DROŻDŻÓWKI!!!
- O. No to już trudno. To ja zjem całą, ale proszę pamiętać, że tak się nie robi! I też się nie ułamuje kawałków i nie zżera, zanim się nie usiądzie, przy kawie. Tak, po prostu, się nie robi. Także proszę pamiętać.
(Nie wiem,czy ta wiedza mi się na cokolowiek przyda, ale ok...)
- Świetnie. Zapamiętam.
- Dobrze...Pani Olu...
- No właśnie. Bo ja bym chciała Panią o coś prosić, na wstępie. I coś z Panią ustalić. Smacznego...
- A fo? No dobła mi wyszła! Tłochę opadła, od łukłu, ałe dobła...Mmm... No cudo...
- Moja prośba jest taka, żeby dzisiaj było na poważnie. Dobrze? Bez robienia kukiełek z łyżek, bez pokazywania mi różnych, podejrzanych typów, na portalach lekarskich, bez latania z dmuchawą do liści, bez rzucania Pani pięknymi, żółtymi krzesłami, bez krupierów i też mam prośbę, żeby Pani skupiła się, na trochę i pamiętała, że ja, to ja, a nie Gangster, ani jego Żona. Dobrze?
- Mghm...
- Może Pani przytaknąć głową, żebym miała pewność, że zgadza się Pani na takie warunki?
(Ja pierdole...jakby, przez tydzień nie jadła...)
- No to niech już Pani mółi. Słucham!
- Bo widzi Pani... Cały czas próbuję zrozumieć...Dlaczego to tak głęboko, we mnie, tkwi?
Dlaczego, tak szczegółowo, mam zakodowane tyle obrazów, tyle słów, gestów, zwykłych drobiazgów... Co to w ogóle jest?! Przecież ja nie mam pamięci,do takich rzeczy! Nigdy nie miałam! A dzisiaj byłabym w stanie, dokładnie, Pani powiedzieć, co się znajduje u Ojca na stole! Opowiedzieć Pani słowo, w słowo, co do mnie mówił na ostatnim spotkaniu. I dlaczego ja to pamiętam?! Co? Jakbym była zaprogramowana. Jakby mi Ojciec wymienił cały system. Calutki. Ja już wcześniej przecież byłam, w różnych miejscach! Spotykałam różnych ludzi! Terapeutów też... Potencjalnych Ojców - też. Sportowców, muzyków, ludzi, z różnymi pasjami - też. Niektórzy byli wrażliwi, niektórzy głupi, niektórzy pewni siebie, młodzi, starzy...różni. Ale nikt nie zrobił ze mną czegoś takiego, jak On zrobił. Jakby...Odnalazł we mnie klucz do jakichś drzwi, o których istnieniu w ogóle nie wiedziałam. A, kiedy siadał naprzeciwko mnie, to czułam... ja nie wiem co to było...ale to było silne. I to nas otaczało z każdej strony. Jakbyśmy siedzieli, w samych środku, Stonhenge, głusi na rzeczywistość. I jakby, nad nami, był nadajnik, a pod nami odbiornik. Nie będę Pani tłumaczyć...On już wie...
- Ja bym to nazwała chemią.
- A ja bym to nazwała magią.
- A ja bym jednak, Pani Olu, wróciła, do teorii przeniesienia i przeciwprzeniesienia. Przecież Pani jest strasznie przeniesiona! To widać gołym okiem!
(Najadła się. Niemożliwe...)
- A ja bym była, z tym, ostrożna. Po szczegółowej analizie tego zjawiska, której dokonałam w ostatnim czasie... Podać Pani źródła? Autorów? Konkretne przypadki z datami i miejscami? Przypisy?
- Pani Olu...Pani nie jest, od analizowania, tylko ja. I to wtedy, kiedy przechodzę, na nurt psychodynamiczny, w niewidzialny dla Pani, sposób, dlatego Pani NIE WIE, kiedy to jest. Dlaczego Pani analizuje?
(No jasne...nie wiem...)
- Miało być dzisiaj poważnie. MIAŁO? CZY NIE? Jak ja się z Panią umawiałam?! Może mi Pani dać dokończyć wątek? Czy znowu będziemy się przerzucać, na cięte riposty? Ja wiem, że Pani jest dobrze wyszkoloną terapeutką, wiem! Już to Pani mówiła! Wiem, że to Pani jest tu od psychologii, a ja, od uwielbiania Pani psychologii. Znam swoją rolę, ale czasami może mi Pani pozwolić chyba trochę się powymądrząć, co? Jestem Córką swojego Ojca? Czy nie? Jak, w dominie - pamięta Pani. Muszę się wymądrzać, bo On się wymądrza. A Jego mądrość przechodzi na Córeczki - sam mówił. Bardzo za nim tęsknię. Czy Pani rozumie?
- No już dobrze. Poddaję się. Pani jest trochę mądra, muszę przyznać. I jest Pani zakochana tak, że ja nie wiem co ja mam z Panią począć.
- Właśnie...Chodzi o to, że wcześniej nie byłam... Ani mądra, ani zakochana. To ON we mnie odnalazł coś, dzięki czemu zaczęłam myśleć BARDZIEJ, odczuwać bardziej... - próbuję to zrozumieć...
- Skoro odnalazł, to musiało to, w Pani, być już wcześniej!
- Może... Nie wiem... Kiedy mówił mi,że mam wiedzę, że mu imponuję, że jestem wyjątkowa, że tylko te 10%...
- Robił to, żeby Panią...
- ...Żeby mnie motywować, wiem...ale to nie to... On na mnie oddziaływał w specyficzny sposób. Inny, niż ludzie NORMALNI: Pani w sklepie, Andrzej-psychiatra, windziarz, Beata, Rudy, Bart, ktokolwiek.
- Czyli chemia.
- Czyli magia! Chemię, to sobie Pani tam ma, ze swoim Krupierem! Bo zakładam, że, z Nim nie wpatruje się Pani, jak zahipnotyzowana, w dzbanek, w którym uspokaja się lemoniada?
- Nie rozumiem o czym Pani mówi.
- No właśnie. Bo tego NIKT by nie zrozumiał.
- Pani go wyidealizowała, Pani Olu!
- Krupiera? Co też Pani?! Ja go nawet, na oczy, nie widziałam!
- Nie Krupiera! Ojca!
- Nie. Nie musiałam Go wcale idealizować. On taki, jaki był, to mi wystarczał, do tej magii. Ja sobie, dokładnie takiego, wyśniłam, w dzieciństwie. Dokładnie takiego - kropka w kropkę, jak Pani sama stwierdziła, szukając mi innych ojców. Przecież rozmawiamy tu, od jakiegoś czasu, już.. Proszę się zastanowić...Czy ja powiedziałam o Nim coś, co jest nieprawdą? No, może to chodzenie, po wodzie - ale to było powiedziane symbolicznie. Przecież wiem,że po wodzie nie łaził, ten mój Ojciec! Za to pływa dobrze...Sama bym tak chciała! I wiem, że jest zwyczajny i wcale nie ma niestworzonych supermocy, ale dla mnie - w swojej całej zwyczajności - jest nadzwyczajny.
- Pani o niczym innym nie umie mówić, tylko o Nim?
- Właśnie nie. I myślę dlaczego tak jest? Jestem zupełnie głucha i niewidoma na realny świat i realnych ludzi dookoła. Nie widzę, nie słyszę, nie mogę spać. Nie chodzę do pracy, nie dociera do mnie to, co mówią moi klienci. Nie rozmawiam z nikim - serio - ani z rodziną, ani z dawnymi znajomymi, przyjaciółmi, z nikim. Jedna mi tu próbowała mącić... Okazało się, że, z tej nadgorliwości, poleciała do Ojca, a ja tego, po prostu, nienawidzę. Wpierdalania się! Więc szybko się jej pozbyłam. A reszta się sama pozbyła, kiedy okazało się, że nie jestem taka fajna, jak sobie wyobrażali, że jestem. Bo ludzie nie lubią smutnych ludzi... Ani nie lubią problemów. Tylko mój Tata mnie rozumiał, w chwilach smutku. I umiał mnie pocieszyć, choćby jedną piosenką, albo tą swoją niebieską Radochą, z bajki... No i leżę i patrzę w sufit. Albo wstaję i piszę. A potem znowu leżę i patrzę w sufit. Nie odbieram telefonów. Nie odpisuję na wiadomości. Ja nawet nie wiem, czy ja mam za co żyć? Już chyba nie mam. Dzieci wysłałam do hotelu. Nie same, oczywiście. Zmywarkę ogarnęłam ostatnio tak, mniej więcej, tydzień temu i to tylko dlatego, że nie miałam już ani jednej czystej szklanki. I cały czas leżę i myślę. I czekam. Aż On zrobi cokolwiek... Tylko TA WIARA i TO CZEKANIE trzyma mnie przy życiu. I boję się, że, jak stracę całkiem nadzieję, to będzie ze mną jeszcze gorzej...Że zniknę wcale. Że ja mam już chyba tak silną depresję, że któregoś dnia...nie wytrzymam i... Dopóki był... kiedy Go miałam, gdzieś tam, za plecami, to wszystko szło idealnie. Wszyscy mnie zaczęli lubić. Robiłam wszystko, można powiedzieć, dwutorowo. Miałam dwa światy: Ojca świat i świat rzeczywisty. I wszystko to współgrało i działało... A teraz...jakby mi... odcięli tlen. Jakbym zapadła w śpiączkę... Nie ma nic... Jedyne, o czym potrafię myśleć...o czym potrafię pisać i, za czym potrafię tęsknić, to On i Jego poddasze. Co to jest? DLACZEGO tak jest?
(Masz...swój psychodynamiczny...Prosz...)
- Hmm...Dojem do końca,bo wyschnie...
- Widzi Pani... Bo ja..znałam hierarchię; On mi imponował... Czułam się, przy Nim, taka malutka, jak przy mnie ta marionetka, którą tu Pani wczoraj przyniosła. Swoją drogą najbrzydsza wersja Ojca, jaką byłabym w stanie sobie wyobrazić... Talentu plastycznego, to Pani nie ma za grosz. Więc: ja byłam taka malutka...a On był taaaki ogroomny. Jak świat. Ale o tym już Pani mówiłam...na pierwszej sesji. Chociaż później, kiedy mnie oswoił...to zaczęłam sobie pozwalać na spontany, na które chyba nie powinnam...Ale On był taki spoko, że wiedziałam, że mnie rozumie... I, że wie, że darzę Go wszystkimi dobrymi uczuciami, jakie w sobie mam, nawet jak palnę czasem coś takiego, od czapy... I chciałam się stać taka, jak On. I, kiedy On mnie tak prowadził, przez ten świat, to tworzył mnie, na nowo. I stworzył mi nowy świat. Z tym, że był taki elastyczny- ten mój Tata, że mój i Jego świat, czyli nasz NOWY świat, dopasował, też, do mojego dotychczasowego świata i mojego tempa poznawania świata. Wdrażania świata, w świat. Rozumie, Pani? Tylko, że ja...nie byłam taka dobra, jak On i nie umiałam oddać Mu tego samego. Dopasować...Dotrzymać tempa... Ale starałam się. Im bardziej On mnie chwalił, tym ja starałam się jeszcze bardziej. Żeby mu udowodnić, że potrafię. Z tygodnia, na tydzień, podwyższał mi poprzeczkę. I ja czekałam, na te nowe wyzwania. Choć niektóre wydawały mi się trudne, ale nawet te najtrudniejsze, byłam gotowa wykonać... Gdyby mi kazał nauczyć się, na pamięć, swoich wszystkich książek, to bym się nauczyła. Kazał mi rzucić leki - co było trudne - rzuciłam. Alko też bym rzuciła - dla Niego. Tak właśnie na mnie działał. NIE WIEM DLACZEGO, ale TAK NA MNIE DZIAŁAŁ. TYLKO ON - nawet bardziej, niż moje własne Dzieci. I dlatego On mi jest taki niezbędny. I chciałabym, żeby usiadł przy mnie i zrobił, ze mną, powoli, krok, po kroku, jedną RSA. O ile jeszcze, w ogóle, potrafię...Nawet nie dokończyliśmy mojej ostatniej RSA...Mieliśmy dokończyć następnym razem... A On to uciął. Nagle i drastycznie. Jakby to Pani powiedzieć...O: jakbyśmy sobie biegli, a przed nami byłaby taka ogromna przepaść. I, jakbym ja tam wpadła. W tą przepaść. I czuję się tak, jakbym trzymała się, ostatnim palcem, skraju tej przepaści. I czuję też, jakby On stał nade mną i patrzył. I, jakby nie mógł mnie złapać i wyciągnąć. Albo mógł, ale nie chciał - choć tego by mi nie zrobił, bo jak patrzę na nasze zdjęcie, na to Jego łagodne, szczere spojrzenie, to widzę w Nim tylko dobro. I to mnie tak bardzo rozczula, że zaczynam płakać. Dlatego schowałam już nasze zdjęcie... Żeby wcale nie patrzeć. Ale tak naprawdę nie chcę Go zapomnieć. Za bardzo go... pokochałam.
- Nie pokochała Pani... Pani Olu... No aż tak, to chyba nie...
- MÓWIĘ PANI PRZECIEŻ, ŻE SAMA TEGO NIE ROZUMIEM! ŻE TO MAGIA! Od kilku dni mam gorączkę... Jestem osłabiona. Nie mogę patrzeć w lustro, bo wyglądam, jak cień tego, co stworzył mój Tata. I nie wiem,czy jeszcze umiem mówić, bo ja..do nikogo nic nie mówię. Boli mnie głowa... To jakiś obłęd, z tym, że obłęd, którego jestem świadoma. Chyba? Chociaż już sama nie wiem... Plącze mi się wszystko...Czy ja mówię, w ogóle, logicznie? I co ja mam zrobić? Ja nie chcę Go stracić... Ja się tak okropnie boję... I najbardziej na świecie chciałabym Go teraz zobaczyć...Mojego Tatę, który mi otwiera drzwi i mówi "Heloł"...
- No Pani Go już straciła, chyba...Zresztą Pani Go nigdy nie miała, to tylko Pani urojenia... Proszę poczekać, bo ktoś dzwoni dzwonkiem.
(TATUSIU...TYLKO TY MOŻESZ TO ODCZAROWAĆ! Proszę... odczaruj to, co jest teraz...Żeby był nasz dawny świat...Odczaruj to całe zło... Tylko Ty jeden potrafisz...Wiem, co byś powiedział...Że to ja - ja sama mogę to zrobić... Ale to nieprawda...Ja bez Ciebie nie potrafię... Musimy razem...Sama też będę umiała, ale później - jak już mnie nauczysz.)
- No ja muszę Panią przeprosić, bo zapomniałam całkiem.. Będziemy rozgrywać teraz partyjkę brydża. Ale mamy już cztery osoby... Także, jakby Pani mogła...
(O... No proszę... Jest i Krupier...Paskudny, jak noc. Wcale niepodobny do Ojca, ani nawet do Chestera... A ta Kretynka, w szlafroku będzie grała? No naprawdę...A to kto znowu...? GANGSTER Z ŻONĄ! NIE WIERZĘ!)
- Tak, tak! Znikam już! Dobranoc Państwu!
Komentarze
Prześlij komentarz