Nowy gabinet.

A właśnie, że sobie będę pisać!! To mój blog i mogę sobie pisać kiedy chce i co chce!

Sama sobie zrobię terapię! Nie potrzebuję już ani Ciebie Bart, ani Ciebie Tato-Który-Zostawia-Swoje-Dzieci-Kiedy-Mu-Się-Rzewnie-Podoba, ani żadnych Rudych-Pajaców, ani głupiego Boga, ani nikogo nie potrzebuję!! IDŹCIE SOBIE WSZYSCY W CHOLERĘ! NIC MNIE TO W OGÓLE NIE INTERESUJE!!

Musze się tu tylko jakoś ładnie urządzić.
Nie mam zmysłu dekoracyjnego, ale to już trudno. Najwyżej będę miała chujowy gabinet.

O. Tu może pierdolnę sobie kanapę. Zieloną z bordową narzutą!
Albo nie: bardziej na lewo, ale nie do samego końca ściany. Tam zostawię trochę miejsca, żeby się za nią chować, jak mi jakieś krzesło zechce mi oddać z nawiązką. Ok. Tak dobrze.
Stół niech będzie klasyczny. Może taki vintage, z odzyskanego drewna tekowego i hmm...taki może palisander indyjski... z białymi prześwitami. I pomaluję go też na niebiesko. Żeby było kolorowo! Muszę tylko dobrą farbę zamówić, zmywalną, bo będę pewnie często rozlewać kawę, jak już zrobię w końcu, sama na sobie, takie piorunujące wrażenie, że postanowię siebie pokochać, a nie sorry, poprzenosić na siebie różne rzeczy i poprzeciwprzenosić, żeby było mi weselej!
Dobra, to by było....

Dalej...

Flamastry i kredki! Kolorowe!
Albo nie: u mnie będą tylko dwa kolory. Czarny i czerwony. Przecież, w końcu, jestem psychopatką, więc, jak już zacznę sama sobie przeprowadzać SWOJĄ terapię, to na bank będę rysować tylko czarno-czerwone rysunki, z dużą ilością krwi i smutnymi, czarnymi Syzyfami. Coś tu pusto na tym stole...
Co by tu jeszcze...?
Może jakiś wazon! O! Tak!  Tylko, że prawdziwy, a nie wyobrażony. W moim gabinecie, tak się składa, wszystko będzie PRAWDZIWE i wszystko będzie na serio i, jak już sama do siebie przyjdę, to powiem to sobie na samym początku, żebym się nie bała, że po paru sesjach sama siebie zostawię.
Chociaż ja już się i tak będę, od teraz, wszystkiego bała i może tak być, że nawet sama sobie nie uwierzę, w żadne słowo.

Wazon niech będzie żółty. Z tym niebieskim stołem powinno nawet pasować. I czerwone tulipany z Biedronki za 12,99. No! IDEALNIE!
Dobra... Teraz fotel... Zawsze mi się marzył taki patchworkowy, o ponadczasowym wyglądzie, z nogami z akacjowego drewna. O! To to! Trochę bokiem... Albo nie,  lepiej frontem do kanapy.
Albo nie - jednak bokiem.
Żebym nie musiała sobie patrzeć w oczy, bo na pewno będę się strasznie wstydzić mówić o tym wszystkim, co odstawiłam w życiu, a już najbardziej o tym, że jestem ZBYT trudnym przypadkiem dla każdego normalnego psychoterapeuty. To już lepiej bokiem. Kurwa, ciężki ten fotel, jak cholera.

No, musi też być dużo książek! Koniecznie! Gdzie by je tu...
Mam! Nad kanapą, na ścianie! Na takich białych półkach skandynawskich, z niebieskimi chmurkami, żeby pasowały do stołu.
Tu damy Krąpca...Albo Horney. Albo jedno i drugie. Tu trochę Cornesa... A Witkowskiego, to na każdej półce, po 3 egzemplarze, żebym przypadkiem za bardzo sobie nie zaufała, jak już przyjdę się zapisać do siebie na terapię. Co tu jeszcze mamy...: Freud i Jung, ORAZ ich beznadziejne teorie - (sorry Chłopcy - nie wierzę Wam!) - do wyjebania!  Maultsby obleci, chociaż... na mnie przestał działać, ale może, jak wpadnie ktoś inny, np. jakaś Pani-Z-Paznokciami-Której-Nie-Zostawił-Ojciec, to może na nią podziała. Albo na jakiegoś gangstera! Na górze damy Frankl'a, bo jest trendy i Tollego. Niech mam. Że niby jestem taka mądra i, że sama siebie ogarnę, żebym już się tak nie martwiła. Jeszcze jakaś psychologia miłości, psychologia sprzedaży, psychologia dzieciństwa, psychologia teraźniejszości, psychologia psychologii i to by było, w temacie książek, na razie tyle . Ładnie tu się robi. Zaczyna mi się podobać!
Dobra, przy oknie postawię mały stoliczek kawowy, z Ikei, a na nim wszystkie numery "Charakterów" tak od '90 roku. Cały przegląd, wszystkich świrów i ich świrniętych terapeutów w pigułce! Poczytam sobie, jak będę robić sobie kawę - zwykłą Primę - ja nie mam takiej ułańskiej fantazji, żeby szaleć na punkcie kaw i nie wiem nawet, czy byłoby to wskazane fundować sobie DOBRE kawy, bo jeszcze się wtedy za bardzo do siebie przywiąże, a potem będę musiała sama siebie stalkować, aż do obrzygania, bo kawa mi się skończy i tak się w końcu wkurwię, że sama siebie zabije. Także nie - zwykła Prima, myślę, będzie, jak najbardziej, na miejscu. I zwykłe mleko 2%.  I zwykły cukier. Biały.
 Chuj tam...nawet jeśli się do siebie przywiążę, to w końcu mam narzędzia i zrobię tak, żeby nie odlecieć za bardzo na swoim punkcie i, żeby w razie czego, bezboleśnie się odwiązać. Co to dla mnie!
Lecz z drugiej strony mogłabym się rzucić na siebie i się, z tej miłości, UDUSIĆ! W końcu ze świrami nigdy nic nie wiadomo, a już zwłaszcza z takimi, jak ja! Sama już nie wiem. Może lepiej tylko woda. Zero kawy.

Dywan Shaggy, koniecznie,  żeby było przytulnie. Jeszcze się zastanowię jaki kolor. Najlepiej to chyba jakiś ciemny. Albo nie - może być jasny. Do swojego gabinetu będę wchodzić zawsze bez butów, bo to prawie tak, jakby się było w swoim własnym domu i wtedy można się czuć nawet bezpiecznie. Choć, od teraz, już nigdzie nie będę się czuła bezpiecznie, a już najmniej w tych miejscach, w których powinnam, np. w gabinetach psychoterapeutycznych, łącznie ze swoim własnym. I w autobusach, które prowadzą pijani kierowcy, bez prawa jazdy. I szkołach, w których nie ma nauczycieli, bo nic ich nie obchodzą dzieci! I w szpitalach, w których nie ratuje się ludzi ze śpiączek, tylko ja sama muszę ratować!

Aaa! Jeszcze stojak na kaftany bezpieczeństwa, z całkiem nowymi kaftanami bezpieczeństwa, żebym mogła siebie mocno związać, kiedy wpadnę w histerię, z powodu mojego dzieciństwa - pierwszego, lub drugiego - nie wiem w sumie od którego zacznę, bo jak zacznę od drugiego, to od razu się zechcę, co najmniej, zachlastać na śmierć - okazało się być gorsze, niż pierwsze. W pierwszym chociaż bili mnie jawnie, normalną trzepaczką do dywanów. Byli to ludzie przewidywalni, a siniaki szybko znikały. Z drugim to już gorzej - bo okazało się,że są takie siniaki, których nie widać, a bolą sto razy mocniej,  niż tamte.Nawet nie sto. Milion, milionów razy mocniej, bo wcale się nich nie spodziewałam. No, ale w końcu od czego mam mnie! Załatwię sobie oba dzieciństwa, tylko potrzeba mi naprawdę, tak ze dwóch-trzech kaftanów bezpieczeństwa i, też, pasów bezpieczeństwa, żeby się przypiąć do kaloryfera, gdybym chciała wyskoczyć z okna.

Dobra... Co tu jeszcze...A! Sztaluga do rysowania choinek..Albo nie. Mnie to chyba się nie przydadzą choinki? No, ale jakby przyszedł ktoś inny...Np. Pani-Z-Paznokciami-Której-Nie-Zostawił-Ojciec...Albo gangster! Ok, niech będzie. Tam w rogu. Może się przyda, może nie, jeszcze zobaczę.

No. To teraz krzesła. Kurwa, taki wybór krzeseł, na rynku krzeseł, że nie wiem, doprawdy, na które mam się zdecydować! Ooo...Nie no...Te wygrały wszystko: żółte, pikowane, krzesła skandynawskie.
Pięć! Żebym mogła sobie z nimi gadać i gadać, jako różni ludzie, w różnym wieku i o różnym stopniu zdegenerowania umysłowego. Też nie wiem, w sumie, co tu najpierw wybrać, bo jedno pół mnie jest dziś 90-letnią staruszką, która raczej umrze ze starości i zmęczenia, drugie pół mnie jest 4-letnim dzieckiem, które dzisiaj umrze z rozpaczy i bezsilności. I jeszcze mam trzecią wersję mnie, która DOSTAŁA W ŁEB, OD PSEUDOPRZENIESIENIA i ona musi się z nimi dogadać, a ja Ola-Terapeutka  będę nad tym wszystkim czuwać! To jest dopiero SZTOS! Ale spoko! Ja się tak łatwo nie poddaję. I na szczęście nie mam nawet pół żony, więc mogę sobie przeprowadzać sesje sama, ze sobą nawet, przez cały dzień i noc i nikt mi siebie nie zabierze, w najfajniejszym momencie mojego dzieciństwa, tylko dlatego, że zechciałam sama, ze sobą popisać, o płetwach na ręce, czy tam belgijskich frytkach, nieważne.

Dobra, lecę po tapetę do Castoramy... W różne takie...wzorki... Albo może w gwiazdki? Albo nie...W gwiazdki nie...Gwiazdki mogłyby mi się kojarzyć, z "Małym Księciem", a Mały Książę z szalikiem Małego Księcia i mogłabym się zacząć tak rzucać po moim dywanie, że sama siebie nie dałabym rady zawiązać w kaftan, a, niestety nie mogę zaszaleć z budżetem, także nie stać mnie na dodatkowego pracownika.

Dobra to...
Lepiej we wzorki... takie jakieś łagodne. Fale.

To lecę szukać.

I żarówkę energooszczędną jeszcze.
I w ogóle muszę zadzwonić do wodociągów, żeby mi tu podłączyli jakiś zlewozmywak, czy coś.
Żebym mogła umyć ręce, jak już się, sama sobą, do reszty, pobrudzę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zapis sesji nr 6.